wtorek, 30 września 2014

Poduchy B&W i roczek

Agata mówi:
- Uszyj mi poduchy! Czarno-białe niech będą.

Ja mówię:
- Supcio, a konkretnie?

- Coś pokombinujesz, mają być różne wzory, coś wymyślisz fajnego.

Myślałam, myślałam, odpaliłam wszystkie bawełny B&W i wyszedł zestaw kanapowy:



I jeszcze zestaw więzienny, czyli poduch strona tylna:


Ponieważ jakość zdjęć przypomina taśmę VHS (a cóż to jest? zapyta 20-latek...), nie męczę już dłużej oczu swoich i miłych czytelników. Zapewniam, że w realu czarny jest czarny, a biały jest biały. Duet taki zawsze wygląda dobrze, choć mój aparat potrafi sprawić, że raz wygląda naprawdę źle...
Przemiłe było to wyzwanie, które ponownie przypomniało mi, że potrzebne są nowe poduchy i na moją kanapę. 


A tymczasem wrzesień żegnam myślą, że...

już rok mam bloga. 

Dziwi mnie dość ten fakt, bo już tyle czasu minęło. Nie czuję jakoś powodu do świętowania. Natomiast przejrzałam dziś posty z tych 12 miesięcy i nadziwić się nie mogę, co nawyczyniałam. Recykling puszek, rysowanie po tkaninie, masa solna, oklejanie, szycie, szycie, szycie... 
Tyle jeszcze przede mną do zrobienia.

Dziękuję, że trwacie ze mną, zaglądacie, lajkujecie, a czasem i dobre słowo zostawiacie.
Dziękuję za inspirację i wiedzę, którą się dzielicie. 

I największa prawda o blogowaniu jest taka, że bez czytelnika ani rusz :)

poniedziałek, 22 września 2014

Krótka rzecz o literach na drzwi

Cztery miesiące temu:
- Mama, uszyjesz mi nowe litery na drzwi? Bo już na te w kratkę nie mogę patrzeć...
- Tak, pewnie, tylko skończę te poszewki na lato.

I tak szyłam, i szyłam, i końca nie było widać. A litery czekały, czekały... I dziecko czekało.

I się doczekało.

Fakt faktem, że szycie literek do najszybszych działań nie należy. A już na etapie wypychania, to mnie irytacja ogarnia.


Cieszę się, że w końcu znalazłam powód do wykorzystania małych jojo. Kiedyś w napadzie jakiegoś szału robiłam je hurtowo.

I tak leżały, leżały i się przydały.

I jeszcze trochę granatowej lamówki. Nawet dobrze się sprawdza, choć wszycie literek nie jest wcale tak proste, jak mi się wydawało.

Ale co ja tu tego... Są, wiszą, dziecko zadowolone, a ja mam kolejny haczyk na szyciowej liście "TO DO" :)

piątek, 19 września 2014

Litera czy owca - upgrade poduszek

Dzieci urosły. Przyszedł czas na większe poduchy do spania. A że maluchy lubią się niuniać w pościeli, więc padło na duże, wysokie i miękkie wsady, rozmiar 50x70.

Trza było zmajstrować jakieś poszewki, no bo przecież ludzie z szyciowizną nie kupują, tylko szyją, bo ich ręce świerzbią...

Od kilku miesięcy w szafie leżał materiał black&white w owce. Fajny, trochę dziecięcy, trochę młodzieżowy. Fajny. Ale ludzie z rękodzielnym świerzbem rąk (tak, tak, wielu blogujących cierpi na tę chorobę...) kombinują, by to, co fajne, było jeszcze fajniejsze! Bo przecież nic proste być nie może...

Litery. Padło na litery, których Maciek jest wielkim fanem. Czyta wszystkie i wszędzie, co jak na dwa lata jest trochę dziwnym hobby, ale my już się nie dziwimy i dom wypełniamy literami, by chłopak miał co robić. Poduchy też literomania nie ominęła.

Materiał po skrojeniu:


Szablon + pisaki do tkanin. Wybór liter nieprzypadkowy - razem tworzą imię właściciela poduchy, a kilka dorzuciłam dla zmyłki. Wiem, straszna jestem.


Czarny marker firmy Pentel trochę rozlewał się na boki. Nieładnie to wyglądało (jak widać powyżej), wiec poprawiłam pisakiem z Ikea. I ostatecznie wyszło tak:


A potem maszyna ruszyła i mamy poduchy w gotowości do niuniania:




Właścicielka pastwiska poduszkowego lat cztery i pół: 
"OOOO, owieczki!"

Właściciel pastwiska poduszkowego lat dwa i pół: 
"Litelki, mamo, litelki!!! A co to za litelka w owcyyy?"

środa, 3 września 2014

Puchy niczym kasa oszczędności

Puchy  motywacyjne  (po mleku w proszku) mają moc. Ile razy patrzę na liczby, tyle razy chce mi się oszczędzać.

Te dwie zrobiłam dla Karoli, obie posłużą jej synkom. Słusznie, niech chłopaki się szkolą, że kasę trzeba odkładać. Bo na emeryturę musimy sami uzbierać, ZUS nie da nic.


Puchy miały być marynistyczne, obie z naklejką motywacyjną. Karola prosiła, by coś je różniło, tak, aby chłopaki bez trudu rozpoznawali swoje (czytanie jeszcze przed nimi). Imiona są różne - sprawa oczywista; postanowiłam okleić puszki podobnymi tkaninami, jeden chłopiec ma węższe paski, drugi szersze; jeden ma paski w pionie, drugi w poziomie. A pozostałe znaki szczególne właściciel mogą dorobić sami na dekielkach.



Ale żeby nie było tak łatwo, oto:

ZADANIA NA NOWY ROK SZKOLNY

Jeżeli przyjmiemy, że potencjalny klient puszki (lat 4) będzie wrzucał do niej każdego dnia złotówkę przez 30 lat, to ile kasy wyjmie???

Jeżeli poprosi babcię, wujka i sąsiada, by wsparli go dodatkową złotówką co tydzień, to o ile więcej kasy uzbiera?

A jak po trzydziestu latach wyjmie kasę i pożyczy na rok bratu z 15 - procentowym zyskiem, to ile brat mu odda?

A potem za wszystkie oszczędności kupi obligacje pięcioletnie na 7%, to jaki będzie miał kapitał w dniu czterdziestych urodzin po zakończeniu okresu oszczędzania? Starczy na imprezę urodzinową???

A teraz idź i znajdź chętnego, który codziennie da Ci złotówkę.

(ja ciągle szukam... dzieci pytałam, ale nie chcą mi dać zaskórniaków...)




niedziela, 24 sierpnia 2014

Kraina czekoladowa - zdradzieckie miejsce...

Moje wakacje dalekie są od odpoczynku na leżaku, podziwiania widoków i wieczornych spacerów w blasku księżyca. Ale za to mam inne atrakcje dzięki wesołej trójce, przy czym prym wiedzie oczywiście latorośl najmniejsza (lat dwa i pół), której cudem udało się uniknąć następujących zdarzeń:

- zjedzenia przez smoka wawelskiego
- spalenia przez smoka wawelskiego
- skoku do Wisły za gołębiem
- zepsucia monitora dotykowego w Muzeum pod Sukiennicami
- zepsucia telefonu ze słuchawką w hotelu
- bójki ze starszym o jakieś osiem lat chłopcem, któremu przeganiał gołębie
- zderzenia ze słupkami przy pomniku Mickiewicza przy Sukiennicach
- zderzenia z rowerzystą przy Collegium Novum
- wyskoku z rowera wodnego
- zasypania piachem na plaży
- zjedzenia przez komary w lesie
- bójki z basenowiczami, którzy TEŻ chcieli skorzystać z jacuzzi
- oblania gorącą kawą w restauracji
- wywrotki w tramwaju i zatrzymania przez kanara z powodu zgniecenia biletu.

I pewnie coś tam jeszcze by się znalazło... Ale fajnie było. Zalew Sulejowski i Krakówek zaliczone. I tylko o jednym miejscu muszę wspomnieć.

Bo miejsce to piekelne ma korzenie...

I zdradzieckie jest straszliwie...

Bo wchodzisz i myślisz, żeś w niebie...

Boś tyle czekolady na oczy nie widział...

I chcesz zjeść wszystko!

I tę białą, i tę mleczną, i praliny, i z nadzieniem, i smakową...

I zamawiasz deser rodem z piekła, w którym czekolada wyziera z każdego kąta...



A potem...

MDLI CIĘ STRASZNIE, ŻE AŻ STRAAAACH...

I już wiesz, że przegiąłeś wielce...

Że miejsce kusiło, a ty dałeś się skusić.

I teraz cierpisz...

I myślisz - nigdy więcej czekolady!

I wiesz, że to nieprawda...

Miłośnikom czekolady dedykuję to miejsce: Kraków, ul. Szewska. Mniam:)

środa, 6 sierpnia 2014

Przemiana taboretów z pomocą washi tape

Czasem działam jak żółw z opóźnionym zapłonem.

Taborety, które kupiłam w Ikea ok. 8 lat temu, czekały trzy lata na wyrzucenie lub odnowienie. Wyrzucić szkoda było, a odnowienie wydawało mi się jakimś nieosiągalnym celem i tak mijały miesiące.

Aż nadszedł TEN dzień.

Kupiłam papier ścierny, farbę, pędzel i poszło:


A stało się to tak:

Ja się na odnawianiu mebli nie znam. Ale naczytałam się o farbie kredowej i coś drgnęło. Po miesiącach rozmyślań postanowiłam kupić popularną kredową, ale akurat biała wyszła ze sklepu i zostałam z frustracją. Udałam się więc do pana z lokalnego sklepiku typu "mydło i powidło" i pan mi zaproponował farbę akrylową "Śnieżka", wybrał pędzel akrylowy i papier ścierny.

Po powrocie przetarłam papierem zszargane remontami siedzenie. Trwało to jakieś trzy minuty.


Potem już tylko malowanie.

Farba okazała się fantastycznym cudem, bo: kryje wszystko, nie capi, błyskawicznie schnie, jest matowa i przyjemna w dotyku, ma atesty i inne bajery no i nie wymaga lakierowania (i nie rozciaga portfela: 37 zł/ 800ml). I już wiedziałam, że farby kredowe nie będą mnie w przyszłości raczej interesować.


Nie chciałam żadnych przetarć, tylko czystą biel. Machnęłam więc trzy warstwy, a że farba schła w oka mgnieniu, całe malowanie zajęło ok. 40 minut. Jak kończyłam czwartą nogę, siedzenie już było suche, no to dawaj, od początku. Byłam pewna, że przy takim braku cierpliwości, odbije się to jakimś lepieniem taboretu do wszystkiego, ale nie, nic takiego się nie stało. Był suchutki i cały bialutki.


I w zasadzie na tym miał być koniec, ale coś to siedzenie nie dawało mi spokoju.

Myślałam o wykorzystaniu szablonu malarskiego, o szlaczku ludowym, o transferze... Ale zawsze było jakieś ale. I wtedy w głowie zaświtały washi tapes.

Wybór taśm był oczywisty - czerwone i niebieska.

Pierwszy okleiłam kratką:



Drugi zaś czerwonymi pasami:


Do pełni szczęścia wystarczył lakier, bo tak sobie pomyślałam, że wszystkie urocze pupy (łącznie z moją) szybko te taśmy zedrą. A tak, z lakierem, może taborety dłużej wytrzymają.



I przepraszam, bo to nieskromnie zabrzmi, ale wyglądają obłędnie!


Po tej metamorfozie postanowiłam przyspieszać podejmowanie decyzji odnośnie malowania. Dlatego wkrótce pod pędzel trafią krzesła.

Tymczasem taboretami żegnam się z Wami na dłuższy czas, bo wybywamy na wakacje!! 

Co wcale nie znaczy, że na leżaku nie będę Was odwiedzać:)))

Do miłego!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Czerwony kąt w kuchni

W końcu doszłam do porozumienia z kuchnią. Miało być biało i niebiesko. I było. Tylko ciągle coś za mną chodziło. Taka myśl, że jeszcze jakiś drugi kolor by się przydał. 
Spoglądałam w stronę pasteli, w stronę mięty, a nawet żółego, choć żółto mam na ścianach i chyba tego koloru mi wystarczy.

I jeszcze chodził na mną czerwony. Wiadomo. U mnie panują trzy kolory: biały, niebieski, czerwony. I ten ostatni pojawia się to tu, to tam. Niektórzy mówią, że to kolor grudniowy, ale mi on pasuje zawsze i wszędzie. Mimo to, nie byłam przekonana, że chcę mieć go w kuchni.

Do czasu, aż ciocia Pola sprezentowała mi swoją wiekową, emaliowaną chochlę z dziurami.


Wszystko stało się jasne. Czyli czerwone. Chochla ożywiła kuchenny kąt i z czasem pojawiały się kolejne dodatki. nic specjalnego. Fajna micha z wyprzedaży, stare rękawice silikonowe, puszka na kaszkę Maćka z urokliwym uchem, garnek z baru Jeff's - pamiątka z Warszawy...


Ostateczną dominację czerwonego potwierdziła waga retro (oczywiście wprost z Lidla) - moje wielkie marzenie, dziś już spełnione... Do ważenia nie służy, tylko za miskę na owoce robi.


Kropką nad i jest przepiękny dzbanek z emalii, który podarowała mi Monika (jeszcze raz dziękuję!!!). Dzbanuszek jest jednym z tych, które wywołują głośne westchnięcia zachwytu. Bo tyle ma uroku osobistego.


I jest czerwono. Zostały jeszcze proporczyki do powieszenia, ale z tym poczekam do jesieni.



I teraz czuję. że z tym czerownym dobrze mi w kuchni. I cieszę się, że znaczna większość przemiotów to małe lub większe zdobycze, pamiątki, prezenty. Że każda z tych rzeczy nie tylko cieszy oko, ale i służy pomocą w codziennej robocie kuchennej. 

I dobrze, że uwierzyłam pierwotnemu głosowi, który powstrzymał mnie od innych kolorów. Choć je uwielbiam i podziwiam, ale ta czerwień to jednak jest moja bajka.